Co już było...
2006 Ekspedycja Viking
Historycznie datowana era Wikingów trwała od końca VIII do polowy XI wieku. Co pozostało z tych czasów, czy tylko sagi?
Ekspedycja Viking 2006
... zobacz więcej

2003 Ugiąć się i zwyciężyć
Najpierw było słowo,... no w tym wypadku może niezupełnie. Najpierw była myśl dopłynięcia do Grenlandii i w ten sposób zakończenia etapowego rejsu dookoła Bieguna Północnego. Sam rejs do Grenlandii to jednak nie wszystko, przecież jacht musi jakoś wrócić do Polski. I tak powstała myśl zorganizowania rejsu "Od lodów do tropików". W miarę jedzenia rośnie apetyt. Jeszcze rejs był w fazie przygotowania, a już powstał projekt przedłużenia go pod kolejnym tytułem "Od Hornu do Hornu"
Pierwszy Przylądek Horn - północny cypel Islandii mijaliśmy 21 czerwca 2003 roku. 19 lipca dopłynęliśmy do Kangerlussuaq na Grenlandii, na północ od kręgu polarnego. Tu zakończyło się dla mnie pierwsze polskie zamknięcie pętli wokół Bieguna Północnego na jachtach żaglowych.
Zjawa IV wzięła teraz kurs na południe i poprzez tropiki docierała znowu w strefę wysokich szerokości południowych.
24 listopada przyleciałem do Usuaia wraz z Wojtkiem Skórskim, który miał być na rejsie moim zastępcą. Przejęcie Zjawy nie było zbyt skomplikowane, jacht znałem już, a ponadto na pokładzie był bosman Graham. Opatrzności zesłała go jeszcze na Islandii w Sejdisfjordur. Graham - Australijczyk będący od 7 lat w drodze, dość szybko wczuł się w swoją rolę bosmana i mechanika. Z początku dużo problemów sprawiały mu polskie napisy. Pamiętam, gdy kiedyś przyszedł do mnie z pytaniem co to znaczy (tu przytaczam fonetycznie) mazini? Powiedziałem, że nie ma takiego słowa po polsku, a mnie brzmi to raczej po włosku. Na to on, że jest tak napisane. OK pokaż - powiedziałem. Zeszliśmy na dół i tu pokazał mi tryumfująco napis "pompa maszyny" - odtąd na maszynownie mówiliśmy "mazini room"
Graham wraz ze Zjawą dotarł dzielnie do Ushuaia. Zdzierżył dzielnie wszystkie kapitańskie rządy, niedomagania techniczne jachtu i improwizację organizacyjną. Radość powitania była ogromna. Na początku, gdy się poznaliśmy, szukał możliwości dotarcia do Kanady aby dalej kontynuować swoją podróż dookoła świata - po powierzchni , nie samolotem - jak zawsze zaznaczał. Już w trakcie rejsu na Grenlandie zaprzyjaźniliśmy się i Graham zdecydował, że zostanie na jachcie do mojego powrotu na hornowy rejs. Wprawdzie wyprawa rozpisana była jako "Od Hornu do Hornu", ale apetyty znowu dopisywały. Nęcił kolejny cel - Polska Stacja Badawcza PAN imienia Henryka Arctowskiego, na wyspie Króla Jerzego w Antarktyce. Osobiście miałem nadzieję dotrzeć nie tylko do stacji mojego wielkiego imiennika, ale dalej do archipelagu Melchiora i tam odwiedzić kanał "Tomka i Henryka" dzielący wyspę Omega na dwie części. Kanał ten to ostatnie polskie odkrycie w Antarktyce z 02 lutego 2003 roku. Ponieważ brałem udział w tym odkryciu parcie było duże.
Na drugi dzień we wtorek 25 listopada załoga była już w komplecie. Wspólnie z Wojtkiem sporządziliśmy długą listę rzeczy do zrobienia. Pogoda nie była sprzyjająca: dmuchało, śnieżyło i w ogóle było bardzo nieprzyjemnie. Załoga jednak jak jeden mąż zabrała się do roboty, nikt nie był bez pracy. Wojtek na dwie raty robił inspekcję masztu i olinowania, bo rączki odmawiały posłuszeństwa. Druga wachta zabrała się za wyszukane zakupy. Gerd -wytrawny nawigator elektroniczny instalował i rozpracowywał przywieziony przeze mnie nowy komplet map elektronicznych, pomagał mu drugi Gerd i Bogdan. Marek z Andrzejem wzięli się za budowę budy na dodatkowe generatory, Piotrek z Jóźkiem za odcinanie zepsutej windy kotwicznej... - to był ten punkt. Jeszcze pod koniec lipca, zaraz po rejsie na Grenlandię przekazałem organizatorowi rejsu - Navigare listę absolutnie niezbędnych rzeczy potrzebnych na jacht. Winda, kotwica i pełzacze były na tej liście.
18 listopada wysłano pocztą kurierską nową windę, nową dużą kotwicę i parę innych drobiazgów, między innymi nowe pełzacze.
Wszystko miało być na miejscu w ciągu trzech dni. Do Ushuaia lecieliśmy z przeświadczeniem, że zamówione rzeczy już na nas czekają.
Tutaj trzeba zaznaczyć, że opuszczając Ushuaia i idąc do Antarktyki ma się po drodze tylko jeden port - Puerto Williams, w którym można zacumować, reszta to kotwicowiska i to nieszczególnie dobre. Jachty mają więc praktykę posiadania szczególnie dobrego sprzętu kotwicznego, a dodatkowo zabezpieczają się jeszcze linami wywożonymi na brzeg. Ponieważ dobrze znam warunki panujących w Antarktyce i wiem jakie wiatry potrafią nagle dmuchnąć od lodowca, nie miałem zamiaru lekceważyć porządnego wyposażenia jachtu.
26 listopada jeszcze nikt z przesyłką się nie zameldował. Wieczorem pojechałem z Piotrkiem na lotnisko, ale okazało się, że i tam nic na nas nie czeka. Zaczęła się żmudna korespondencja e-mailowa i telefonowanie do Polski. Załoga cały czas pracowała niestrudzenie, a czas uciekał. W piątek wieczorem 28 listopada przyszła wiadomość od Navigare, że przesyłka jest w urzędzie celnym w Buenos Aires i nie wiadomo kiedy uda się ją stamtąd wydobyć. Zwołałem całą załogę i obwieściłem stan rzeczy. Powiedziałem, że w zaistniałych okolicznościach nie decyduję się na rejs do Antarktyki, proponuję jednak rejs wokół Hornu. Wśród załogi wywołało to burzę. Niemal wszyscy marzyli o Antarktyce, o górach lodowych, a tu "tylko Horn". Próbowano mnie przekonywać argumentując, że przecież tak długo o tym marzyli itd. Już po jakimś czasie dowiedziałem się, że nawet spekulowano czy by nie wpłynąć na zmianę mojej decyzji środkami finansowymi - jakbym to ja sam nie chciał tam płynąć. Stosunkowo spokojnie przyjęła decyzję niemiecka część załogi - jeśli kapitan mówi że jacht jest niesprawny na taką podróż, to jest niesprawny, a jachtami niesprawnymi się nie żegluje i oni wysiadają. W końcu ustaliliśmy, że kończymy prace i jedziemy: krótko - tylko na Horn, powrót i do domu, - Boże jak to się już zdeprecjonowało.
Osobiście byłem przekonany, że gdy wrócimy do Ushuaia, przesyłka będzie już na nas czekała, szybko wszystko zainstalujemy i ruszymy w Kanały Patagońskie.
W załodze ożył duch, a prace i tak trwały jeszcze do niedzieli. Wreszcie została zainstalowana echosonda zrobiona według wspólnego projektu. Harcerska echosonda na Zjawie nie działała - to normalne, dobrze pamiętam czasy, kiedy jachty nie miały takich cudowności i też się żeglowało. Tym razem, żeglując po wodach niezupełnie zbadanych i stając na kotwicowiskach opisanych jedynie ręką żeglarzy, uważałem to urządzenie za niezbędne. Przecież właśnie rozwój techniki pozwolił nam sięgnąć tam, gdzie wzrok nie sięga, marzyć o tym, o czym przed 20 laty nie marzylibyśmy w takim rozmiarze. Założyć nową echosondę nie taki to znowu problem, trzeba wyjąć jacht z wody..., no właśnie, ale nasz jacht waży ponoć 50 ton. Wojtek już dawno mówił coś o stewie dziobowej. Jeszcze w czasie podróży do Usuaia wymyśliliśmy rurę przymocowaną do stewy dziobowej z boku, chronionej obrysem kadłuba przed niszczącym działaniem kry lodowej i zanurzonej około pół metra poniżej linii wodnej. Wojtek zgodnie ze swoim fachem zajął się rozpracowaniem szczegółów technicznych, Graham to pospawał i znowu Wojtek, po zabezpieczeniu wiertarki przed wodą, a wiercić trzeba było tuż nad jej powierzchnią, przy pomocy Piotrka, Jóźka i Grahama, przymocował to całe ustrojstwo.
Andrzej Markiem doprowadzili do końca konstrukcję swojej elektrycznej pompy zenzowej i poprzykręcali na nadbudówce listwy antyślizgowe. Potem jeszcze krótkie szkolenie co po co i do czego ruszyliśmy w drogę. Pogoda w Beagle Chanal była bardzo dobra mieliśmy więc możliwość sprawdzić i udoskonalić nasz system refowy i przetrenować załogę w używaniu go.
Po krótkim pobycie w Puerto Williams związanym z odprawieniem się na wody chilijskie wyszliśmy z portu, aby wykorzystać dobrą pogodę i nie musieć wychodzić w poniedziałek. Do Hornu zbliżaliśmy się wczesnym rankiem. Wiatr przycichł, była więc idealna okazja do wylądowania na Cabo de Hornos w zatoce Caleta León. Zjawa dryfowała spokojnie, podczas gdy załoga na zmiany udawała się na ląd. Dobrze udało nam się wykorzystać okienko w pogodzie między godz. 6 a 10. Koło południa zrobiła się regularna siódemka, a my uparcie halsowaliśmy pod wiatr. Właściwości żeglugowe Zjawy nie zmieniły się jednak od lat i po kilku godzinach daliśmy za wygraną i zaczęliśmy wspierać się silnikiem. O godzinie 1505 dnia 2 grudnia mieliśmy Horn na prawym trawersie.
Wydarzenie to uczciliśmy zgodnie z tradycją żeglarską. Pierwszego łyka dostał oczywiście Neptun, a potem już po kolei. Chwila była dla mnie szczególnie uroczysta. W ciągu tego samego roku opłynąłem 2 Horny.
Dalszą żeglugę kontynuowaliśmy okrążając wysepką Horn po czym wzięliśmy kurs na Puerto Williams. Po drodze, po prawej burcie zostawiliśmy 3 chilijskie wysepki: Picton, Lennox i Nueva, o których można by powiedzieć, że mają coś wspólnego z Polską, czyli typowe "słoń a sprawa polska" lub może lepiej "Horn a sprawa polska".
Spory terytorialne między Argentyną a Chile mają długą historię, była nawet wersja wspólnego posiadania (między innym) wyspy Horn. Jeden z ostatnich sporów dotyczył tych trzech ww. Wysp. W grudniu 1978 r. wojska argentyńskie były przygotowane do inwazji. Niechybnej wojnie zapobiegła osobista interwencja papieża Jana Pawła II dnia 12.12. 1978 roku. Mediacje ciągnęły się jeszcze bardzo długo i zakończyły 29.12. 1984 roku podpisaniem w Watykanie traktatu o przyjaźni i współpracy.
Po zacumowaniu w Puerto Williams uczciliśmy nasze osiągnięcie kolacją w restauracji Cabo de Hornos. Tutaj też udało się nam wreszcie zamówić 220 m. liny, której nie można było kupić za rozsądne pieniądze w Ushuaia - myśl o Kanałach Patagońskich była jeszcze żywa.
W Ushuaia okazało się, że przesyłka jeszcze nie nadeszła. Bogdan z Markiem zaczęli opracowywać plan zastępczy na pływanie w Beagle Chanal. Wojtek zainstalował ponownie odrzuconą windę kotwiczną, ale nawet nadzwyczaj pozytywnie myślący Graham nie potrafił tego złomu uruchomić. Jeszcze wśród chcącej żeglować załogi trwały dyskusje, czy nie można by rwać kotwicy z ręki w rytm znanej szanty kabestanowej - ..."a w Mombasa Murzyn ...itd." gdy Graham zawołał mnie do mazini. Pokazał dziwnie ruszający się króciec dolotowy wody chłodzącej silnik. Widać było, że przez spaw sączyła się woda. Przeciek był na odcinku między dnem, a zaworem odcinającym. Przez głowę przeleciały mi wizje tego co mogło się nam stać na tym odludziu.
Opatrzność miała nas jednak w swojej opiece.
Zwołałem załogę i ogłosiłem zakończenie rejsu.
Wciągu kilku dni wszyscy się porozjeżdżali. Wspólnie z Grahamem zastanawialiśmy się jak zlikwidować uszkodzenie. Suchy dok był w remoncie, czyli ta możliwość odpadała. W końcu od sąsiadów z MS "Ice Lady Patagonia" pożyczyliśmy sprzęt nurkowy z nadzieją, że dolot uda się zakołkować od zewnątrz i z tym zabezpieczeniem zdemontować króciec od wewnątrz. Zszedłem pod wodę, ale tam okazało się, że tym razem, zgodnie ze wszelkimi regułami budowy, dolot wody jest zabezpieczony siatką. Cóż było robić Graham ani pisnął...Wynajęliśmy klasycznego nurka, który z zewnątrz założył plaster, po czym Graham zdemontował króciec. Jego stan potwierdził słuszność podjętej decyzji.
Moja załoga zabukowała w Navigare rejs z nadzieją dotarcia do "Arctowskiego". Niemal przez tydzień wszyscy tyrali jak w stoczni remontowej, a przyświecała nam chęć spełnienia marzeń. Ze względu na brak odpowiedniego wyposażenia popłynęliśmy "tylko" na Horn. Dało to załodze tylko częściową satysfakcję. W skali globalnej nie poszło to jednak na marne. Jestem przekonany, że ofiarne zaangażowanie "mojej" załogi utorowało drogę na Horn i do "Arctowskiego" innym załogom. Sprawdziła się jedna z podstawowych zasad judo - "ugiąć się i zwyciężyć" - my wyszliśmy z tego bez szkód, a inni mogli spełnić swoje marzenia.
Kilka tygodni później, gdy spotkałem Zjawę na wyspie Deception dowiedziałem się, że nowa winda wcale nie była nowa, tylko grubo pomalowana farbą - tak grubo, że nie było widać pęknięć korpusu. Ponadto orzech wcale nie pasował do łańcucha. Błędy zakupu wyrównała zmyślność Grahama, który z dwóch zepsutych wind kotwicznych zmontował jedną jako tako działającą.
PS
W czasie jednego z pozniejszych rejsow w nocy 20 lutego o godzinie 0315 Zjawa IV weszla na skalke. Przytaczam fragment listu jaki dostalem od uczestnika tego rejsu. " Do pompowania wody uzywalismy duzej pompy napedzanej z generatora (przylacza sie do niej 3/4" sztywny plastikowy waz ssacy). Bardzo nam pomogla, bo w ciagu 30 minut na poczatku woda przybierala powyzej wreg, wiec dosyc sporo". Ta pompa, to ta skonstruowana przez Andzeja i Marka na naszym rejsie
Henryk

2003 Ostatni etap rejsu dookoła Bieguna Północnego

Kapitan Henryk Wolski jako pierwszy Polak i szósty człowiek w świecie zakończył etapowy rejs jachtami żaglowymi dookoła Bieguna Północnego.
Ostatni odcinek tej wieloetapowej wyprawy (każdy etap stanowił osobną wyprawę) poprowadził kapitan Wolski na jachcie Zjawa IV w ramach wyprawy „Od Hornu Do Hornu”.
W trakcie tej wyprawy opłynięto przylądek Horn na północy Islandii. Sama wyprawa zmierza obecnie w kierunku sławnego Przylądka Horn.
Szczegółów o okołobiegunowych wyprawach Henryka Wolskiego dowiemy się po jego powrocie do kraju w przerwie między kolejnymi wyprawami, w październiku tego roku.
Poniżej skrótowo podajemy odcinki z których składało się okrążenie bieguna północnego.
W prawdzie mały odcinek tego rejsu wlicza się do całości przedsięwzięcia, ale rejs ten był niejako rejsem inspirującym.
07 lipca 1988 roku o godzinie 18:28 GMT przekroczono krąg polarny przy norweskiej wyspie Vikingen.
11 sierpnia jacht przybył do Tromsö.
1993 – Przejście Północno Zachodnie na jachcie Dagmar Aaen.
13 lipca – start z kotwicowiska z zatoczki w Söndre Strömfjord.
30 września przejście przez Cieśninę Beringa.
2002 – Przejście Północno Wschodnie na jachcie Dagmar Aaen.
27 czerwca zaokrętowanie w Tromsö.
06 września przepłynięcie Cieśniny Beringa.
2003 – Odcinek Norwegia Namsos - Söndre Strömfjord na Grenlandii
z opłynięciem islandzkiego Hornu, na jachcie Zjawa IV.
06 czerwca przekroczenie kręgu polarnego przy norweskiej wyspie Vikingen.
19 lipca – zakotwiczenie w zatoczce w Söndre Strömfjord.
Przecięcie linii sprzed 10 lat nastąpiło 19. lipca 2003 o 02:45 GMT.
Wybór jachtu Zjawa IV, na którym pod polską banderą miało nastąpić zamknięcie klamry wokół bieguna północnego, miał w symboliczny sposób podkreślać analogię do rejsów Władysława Wagnera, pierwszego Polaka który opłynął świat etapami na swych trzech kolejnych Zjawach w latach 1932 – 39.

Polskie odkrycie w Antarktyce
Dwaj Polacy, biorący udział w ekspedycji w rejonie Antarktyki, odkryli nową wyspę w grupie Wysp Melchiora - poinformował w niedzielę Jerzy Kwinta, szczeciński żeglarz, pozostający w stałym kontakcie z polskimi podróżnikami.
Kwinta wyjaśnił, że Polacy - kapitan Henryk Wolski oraz uczestnik ekspedycji Tomasz Zadróżny - biorą udział w wyprawie statkiem ekspedycyjnym M.S. "Bremen", administrowanym przez firmę Hapag-Lloyd. Jednostka w czasie antarktycznego lata pływa na półkuli południowej w rejonie Półwyspu Antarktycznego, Wysp Falklandzkich, Południowej Georgii, Południowych Szetlandów, Orkadów i Sandwichów. Tam też dwaj Polacy odkryli, że wyspa Omega jest przedzielona szerokim kanałem, a więc faktycznie istnieją dwie wyspy, a nie jedna. Kwinta dodał, że Polacy będą mogli odkrytemu lądowi nadać nazwę.
Specyfiką podróży M.S. "Bremen" jest lądowanie w miejscach, gdzie nie ma portów i w związku z tym wysadzanie pasażerów na brzeg odbywa się za pomocą solidnych pontonów z silnikami przyczepnymi. Często zamiast lądowania urządza się zwiedzanie okolicy bezpośrednio z pontonów. 2 lutego 2003 r. w programie ekspedycji było zwiedzanie w grupie Melchior Islands (mała, zalodzona grupa wysp archipelagu Palmer, leżąca między dużymi wyspami Brabant i Anvers w Zatoce Dallmann).
"Wówczas to Tomasz Zadróżny wpłynął głęboko w kanał, który znano do tej pory jako 'ślepą uliczkę', prowadzącą do czoła lodowca - tak był on zaznaczony na mapach nawigacyjnych, zarówno brytyjskich jak i argentyńskich. Zadróżny popłynął dalej niż zwykle (w tym roku było mniej lodu) i zobaczył, że rzekoma 'ślepa uliczka' prowadzi na drugą stronę wyspy, odcinając w ten sposób jej północną część i czyniąc z niej osobną wysepkę. Wyspa, o której mowa, nosi nazwę Omega na mapach angielskich i Sobral na mapach argentyńskich" - napisał pocztą elektroniczną do Kwinty kpt. Wolski, pełniący podczas wyprawy funkcję kierownika wypraw lądowych.
Płynąc od drugiej strony, sforsowały kanał trzy kolejne łodzie, w tym jedna prowadzona przez Wolskiego. Każdy ze sterników pontonów musiał na własną rękę wyszukiwać przejścia wśród mielizn. Według odkrywców kanał dzielący Omegę ma ok. 600 m długości i 35-40 m szerokości. Oba jego brzegi stanowią usadowione na skalach i wysokie na ok. 25 m klify lodowcowe.
Informację o odkryciu przekazano do siedziby firmy Hapag-Lloyd w Hamburgu, a stamtąd została ona dalej przekazana do Niemieckiego Instytutu Hydrograficznego. Wyspy Melchiora zostały odkryte w na przełomie lat 1873-74 przez Eduarda Dallmana - niemieckiego wielorybnika.
Tomasz Zadróżny zimował dwukrotnie na Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego, będ ąc uczestnikiem XVIII i XXI Polskiej Wyprawy Antarktycznej. Pracował tam jako biolog i kierownik wyprawy.
Henryk Wolski jest żeglarzem polarnym, który jako uczestnik międzynarodowych ekspedycji przepłynął na jachcie żaglowym na Oceanie Arktycznym Przejście Północno-Zachodnie w 1993 r. i Północno-Wschodnie w 2002 r. (jako jedyny do tej pory Polak), a w roku 2000 uczestniczył w międzynarodowej wyprawie Śladami Shackletona - pierwszej ekspedycji, która w całości powtórzyła wyczyn tego polarnika.
Używając repliki 7-metrowej łodzi ratunkowej pokonano trasę wiodącą z Półwyspu Antarktycznego, poprzez do Południowej Georgii. Następnie pieszo, przez lodowce przebyto odcinek z King Haakon Bay do dawnej stacji wielorybniczej Stromness. (jask)
Serwis prasowy PAP

2002 Przejście Północno-Wschodnie
Jacht DAGMAR AAEN i jego załoga pokonali jeden z najtrudniejszych szlaków morskich świata - Przejście Północno-Wschodnie. Dla przypomnienia: Przejście Północno-Zachodnie to droga wodna z Atlantyku na Pacyfik poprzez archipelag północnej Kanady, a Północno-Wschodnie - nad rosyjską Syberią.
Myśl przejścia na "skróty" z Europy do np. Chin, powstała już dawno. Na skróty, bo normalna droga wokół Afryki była obstawiona przez Portugalczyków. Inne nacje, którym dostęp do bogactw dalekiego Wschodu był w jakiś sposób zamknięty, zaczęły poszukiwać innych dróg. Tą metodą, po stuleciach doszło do odkrycia Przejścia Północno-Wschodniego i Północno-Zachodniego.
Henryk

2001
Zimę 2001/2002 spędziłem pracowicie na statku ekspedycyjnym "Bremen" jako tzw. expedition leader. Jak ciekawie potrafi być na Antarktydzie możecie zobaczyć na załączonych obrazkach.
W listopadzie tego roku ponownie wybieram się tam na tym samym statku i w tej samej roli. Mimo, że jestem na statku, kontakt e-mailowy pozostaje bez zmian. Kostuch przesterowuje servera i wszystkie e-maile pisane na henryk@best.net.pl dochodzą do mnie na statek.
Lato, jak już niektórym wiadomo, przeznaczyłem na ekspedycją znowu z Arvedem Fuchsem. Razem pływalismy juz w latach 92 - 94 w ramach ekspedycji ICESAIL. Chcieliśmy wtedy jachtem Dagmar Aaen opłynąc biegun północny. Przejście Północno -Zachodnie przebyliśmy w 1993 roku i to był bodaj nasz największy sukces. Niewielu jachtom udało sie zrobic to w ciagu tylko jednego roku. Do opłynięcia potrzebne jest jednak jeszcze Przejście Północno-Wschodnie. Próbowaliśmy je w 92 i musieliśmy zawrócic, ze względu na lód, gdy byliśmy już niedaleko Przylądka Czeluskin. W 94 próbowaliśmy zrobić to, po przebyciu Przejścia Północno-Zachodniego, od strony Cieśniny Beringa, ale i tym razem lód na Morzu Czukockim zmusił nas do zawrócenia. Ścisnęło nas wtedy nieźle i nieco poturbowało.
Minęły lata, otrząsnęliśmy się trochę z tego i w tym roku zamierzamy ponownie ruszyć na Przejście Północno-Wschodnie. Nasze zmagania można będzie śledzić w internecie na stronie: www.Arved-Fuchs.de
Henryk

2000
Był to zaiste rok pełen wydarzeń. Już sam program powstawał pod dużym naciskiem czasowym. Moje żeglowanie skończyło się w Biskupinie pod koniec września, a już na początku października 99 zaczęły się przygotowania do ekspedycji "Shackleton 2000". W końcu grudnia polecieliśmy do Ushuaia (Argentyna - Ziemia ognista). Nasz okręcik "James Caird II" przybył już tam, na frachtowcu w kontenerze. Po niedługim czasie przypłynęła "Dagmar Aaen", znana z ekspedycji ICESAIL i w końcu luxusliner, statek wycieczkowy "Hanseatic".
James Caird został przeładowany na Hanseatica i wszyscy popłynęli na miejsce startu - Półwysep Antarktyczny. Gdy startowaliśmy 19.01.2000 z Dagmar, która przybyła tu w tym celu, kręcono film. Po krótkim czasie drogi nasze się rozeszły. Ponownie spotkaliśmy się na wyspie Gibbs. Krótko potem nastąpił ostateczny start z Wyspy Słoniowej. Po 14 dniach dotarliśmy naszym siedmiometrowym okręcikiem do Południowej Georgii. Dalsze 7 dni zajęła nam przeprawa przez lodowce zalegające tę wyspę, aż dotarliśmy na jej północny brzeg, do opuszczonej stacji wielorybniczej Stromness. W ten sposób, jako pierwsi powtórzyliśmy w całości akcję ratunkową Shackletona z roku 1916. Dokładny opis tej wyprawy jest w "Rejsie" nr 6. Po wyprawie, w domu zagrzałem miejsce około 3 tygodni i znowu wróciłem do Ushuaia, tym razem, aby przepłynąć "Dagmarą" na Azory. Gdy po tym rejsie wróciłem do domu, miałem tylko 3 dni, aby przepoczwarzyć się w "starożytnego" Słowianina. W trakcie trzeba było dokonać kilka przetasowań organizacyjnych i dostosować plany rejsowe do aktualnej rzeczywistości (zmiany terminów, śluza w Frydrychowie w remoncie itd.) Mimo wielu trudności załogi miały swoją zabawę. Muszę przyznać, że i ja po latach nawróciłem się trochę na żeglarstwo śródlądowe i bardziej zacząłem doceniać jego uroki. Żeglarstwo morskie i śródlądowe są pod wieloma względami wręcz nieporównywalne z sobą, ale każde ma swoje uroki. Szczególnie dumni byliśmy z naszego eksperymentu archeologicznego przeprowadzonego na Warcie powyżej Lądu. Mając korzystny wiatr zdecydowaliśmy się płynąć pod prąd pomagając oczywiście wiosłami. Trzeba wziąć pod uwagę, że Warta na tym odcinku jest kręta i musieliśmy się nieźle zwijać, żeby wyrobić zakręty i zmieniać trym żagla od bajdewindu do fordziela pomagając, gdy trzeba było, wiosłami. Rezultat był zaskakująco dobry 4 km/godz. nad dnem, a po drodze były mosty i promy. Nareszcie jakieś konkrety, a tyle się mówi o tym, jak to w średniowieczu wikingowie pływali w górę rzek, o szlakach słowiańskich. To wszystko OK. zza biurka a w praktyce jak? Nie chwaląc się, myśmy to zrobili.
Ukoronowaniem całego sezonu był festyn w Biskupinie. Początkowo niektórzy mówili, że ich te festiwale nie interesują, ale gdy posmakowali, zmienili zdanie. Holger był nieutulony w żalu, że nie mógł przyjechać do Biskupina.